Rolex na drugą rękę

3 marzec, 2008

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN (2)

Kategoria wpisu: salon24 — Tagi: — Rolex @ 12:31 UTC

Poprzedni odcinek

Nie wszyscy berlińczycy lubią Kufurstendamm. W każdym razie, niektórzy Berlińczycy niekiedy jej nie lubią. Młody oficer w galowym mundurze Abwehry, na przykład, miał szczególne powody, żeby właśnie tego dnia nie lubić jej szczególnie silnie. Pośród obfitości państwowych urzędów przy Kufurstendamm znajdowała się również Kancelaria Rzeszy, do której został wezwany w trybie pilnym w sposób dość obcesowy: natarczywy dzwonek do drzwi zerwał go o piątej rano, a posłaniec o surowym wyglądzie przepytał go ze znajomości danych osobowych, po czym wręczył tabakową kopertę zaadresowaną na jego imię i nazwisko. Hologram z literami KRZ nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do nadawcy. W środku koperty znajdowało się urzędowe pismo, które oficer, stojący w pośpiesznie narzuconej na pidżamę bluzie munduru, uważnie przestudiował. Skutkiem tych studiów nabył wiedzę o tym, że musi stawić się osobiście w Kancelarii, w gabinecie samego Reichsleitera Martina Bormanna, o godzinie dwunastej piętnaście. Nie był tchórzem, jednak wizyty na tak wysokim szczeblu nie przytrafiają się często oficerom Abwehry w stopniu kapitana, choćby nawet byli pupilami samego admirała Canarisa, dlatego też, mimo usilnych prób rozluźnienia się, pozostawał spięty, a przez głowę przelatywały mu najprzeróżniejsze przypuszczenia. Ciągle miał jeszcze sporo czasu. Nie za bardzo mógł usiedzieć w domu, wyszedł więc o dziesiątej, dużo za wcześnie. Szedł wolno, jak człowiek na urlopie, starając się zapanować nad lękiem. Przyglądał się ciekawie sklepowym wystawom, bo pozwalało mu to na chwilę zapomnieć o niefortunnym położeniu, w którym się znalazł. Najdłużej stał przed sklepem z galanterią, w oknie wystawowym którego stał przezabawny ręcznie malowany karuzel - eksponat chyba z ubiegłego wieku. Drewniane koniki obracały się na wysięgnikach płynnym ruchem to wzbijając się ponad wysokość słupa, to opadając kopytami niemalże do samego podłoża. Kiedy się tak przyglądał falującemu ruchowi zabawki, jego twarz o słowiańskiej urodzie (która sprawiała mu trochę kłopotu w szkole oficerskiej i nie pomagała w awansie, choć ten typ antropologiczny - blondyna o bujnej czuprynie i miękkich rysach twarzy - spotykało się nierzadko w Prusach, gdzie się urodził), przybrała wyraz dziecięcego nieomal zachwytu. Oczarowanie wnet jednak znikło z jego oblicza, przełamane cieniem smutku. Młody oficer zasępił się przypominając sobie znów o celu swojej pielgrzymki. Hans Kloss, bo tak nazywał się ten młody oficer Abwehry, z trudem oderwał wzrok od sklepowej wystawy i gotując się na najgorsze ruszył na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Spojrzał na zegarek - było tuż przed dwunastą - i odruchowo wygładził mundur poprawiając położenie baretek odznaczeń. Kloss wiedział, że jego służba nie należy do najbezpieczniejszych na świecie. Nie był naiwny, miał jasną świadomość, że wcześniej czy później go dopadną, choćby nie wiadomo jak precyzyjnie zacierał za sobą ślady, kluczył, gubił ogony chłopców z Gestapo, choćby nie wiadomo jak bardzo starał się być sprytny. Poza tym nie miał dobrego dnia. Za dużo wypił poprzedniego wieczoru i męczący kac pozbawiał go resztek kurażu.

(więcej…)

2 marzec, 2008

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN

Kategoria wpisu: salon24 — Tagi: — Rolex @ 18:16 UTC

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN

Pałac Hohenzollernów ocieniały królewskie dęby sadzone być może jaśnie wielmożną ręką Jego Królewskiej Mości Fryderyka Wielkiego. Podobnie jest dzisiaj, tylko dębów jest mniej: cztery najdostojniejsze, niedługo po tym jak rozegrały się wydarzenia opisane w tej książce, zmiotła nieubłagana aliancka bomba burząca. Były to bowiem czasy, w których bomby, nawet alianckie, nie kierowane były sztuczną inteligencją pozwalającą na burzenie tylko obiektów wrogich a pozostawianie przy istnieniu obiektów obojętnych i przyjaznych bombardującym, jak to jest współcześnie. I tylko z tego powodu berlińska Katedra wygląda dzisiaj tak jak wygląda: pożałowania godne szczątki dostojnej niegdyś świątyni przesłania beznadziejna w swym kształcie betonowa wieża, wkoło której krążą upiornie jednostajnym rytmem podejrzane indywidua różnych ras i narodów. W tej nieodległej przeszłości, o której opowiadamy, Katedra stała jak powinna, wznosząc się majestatycznie nad dworcem Zoo a wspomniane indywidua nie śmiały krążyć gdziekolwiek bądź, w obawie, aby nie znaleźć się w trybie nagłym w obozie pracy.

A praca, w owych epickich czasach, czyniła człowieka wolnym. Nawet człowieka upadłego. Uwalniała go hurtem - od wszelkich trosk. Po nasłonecznionych ulicach handlowego centrum krążyli za to elegancko ubrani Berlińczycy. Najbardziej eleganckie były panie, zaś z panów ci, którzy służyli w różnych rodzajach wojsk. W gęstniejącym z godziny na godzinę tłumie przeważał kolor feldgrau tonowany modną czernią mundurów oficerów SS - absolutnym hitem tego sezonu. Na tym tle pyszniły się lekko poszarzałe w porównaniu z czasami pokoju, lecz wciąż wyzywająco i przekornie barwne, niczym bukiety, suknie Berlinianek. Życie toczyło się swoim zwykłym, wojennym rytmem. Był to już czwarty rok wojny, ten sam, który przyniósł berlińczykom przejściowe niepowodzenia i kłopoty. Brakowało niektórych artykułów, co szczególnie martwiło gospodynie domowe. Ze stołów znikła tak lubiana potrawka z zająca w szarym sosie, zastępowana z godnością przez racuchy i mielonkę. Kuchty i lokaje mieli za to używanie dostąpiwszy po raz pierwszy w swym życiu prawa do tego samego menu, co państwo. Nie trzeba dodawać, że taka sytuacja nie mogła utrzymywać się przez zbyt długi czas: groziło by to klęską egalitaryzmu, a tego, jak wiadomo, Berlin nie zniósłby. Przynajmniej tamten Berlin z moich wspomnień. Dzisiaj nie ma on już tej klasy! Całe dzielnice zapełniają różne hałaśliwe typy, które nie odróżniają Johanna Straussa od Richarda, a trawiący je ból bezsensownej egzystencji koją roslinnymi używkami chińskich kulisów i spekulantów z przedmieść Delhi. Lecz wtedy, ciągle jeszcze, mimo widocznych już oznak nadchodzącej dekadencji, na Kufurstendamm bywało jedynie dobre towarzystwo. Ulica zaczynała się wtedy przy Alexanderplatz, nie tak jak obecnie; przecinała Tiergarten na dwie, nierówne części, jeszcze jako nieśmiała uliczka; nurkowała pod estakadą przy stacji metra, aby z drugiej strony, już jako szeroka aleja, objąć dwoma pasami ruchu cokół pomnika Hindenburga, który miał jednak niewielką szansę, aby w pełni docenić jej wielkomiejskość, bo Kufurstendamm pokazywała swoją pełną krasę dopiero za jego plecami stając się prawdziwą wielopasmową arterią, przy której rozmieściły się najwspanialsze berlińskie kamienice i pałace a w nich najwyższe stołeczne urzędy i instytucje. Całość wieńczyła kopuła z nieba, tego dnia w kolorze ciemnego cyjanu. To wysokie sklepienie dodawało ulicy dodatkowego, nieomal sakralnego dostojeństwa, niczym gotyckiej katedrze. Ja osobiście, najbardziej lubiłem tę część miasta w pochmurne dni, kiedy sklepienie zasnuwało się konstrukcjami z pary wodnej tworzącymi fantastyczne, ciągle zmieniające się formy: to ostrołuków, to stopni schodów, wertykalnie lub horyzontalnie budowanych architektur, z nietrwałymi freskami malowideł wykonywanych z benedyktyńską cierpliwością przez światło słońca. Feeria barw, o rozpiętości widma zależnej od pory dnia i struktury kłębiastych przepierzeń fascynowała nie mniej niż kubatury i detale fasad kamienic. Przedziwne rzeczy z tym niebem! A teraz - zamknijmy oczy i przelećmy raz jeszcze nad zalaną słońcem Albert DummermannStrasse tamtych czasów! Jak majestatycznie wyglądały wiązy sadzone pieczołowicie wzdłuż kamiennych trotuarów! Poszarpane kontury ciężkich od liści koron drzew uciekały w perspektywę ulicy, to unosząc się, to opadając falującymi ruchami, w rytmie podmuchów majowego wiatru. Pod pniami wiązów dbały o mieszkańców magistrat kazał wmurować dostojne dębowe ławy z nóżkami i poręczami z kutej stali w formie liści i konarów. Było to ulubione miejsce spotkań emerytów i inwalidów wojennych. Przychodzili tam ze swoimi przenośnymi stoliczkami, drewnianymi szachownicami, czasami ze skrzypcami, a jeden z pułkowników, który w kampanii polskiej stracił wzrok, przynosił zawsze złotą trąbkę, na której wygrywał przeróżne hejnały. Albert DummermanStrasse prowadziła prosto do bramy Ogrodu Zoologicznego. Tuż za bramą, na wielkiej, nasłonecznionej polanie, znajdowało się stanowisko działa przeciwlotniczego. Obsługiwało je trzech młodych chorążych o imionach: Kleofas, Heinrich i Josef. Dopóki nie ogłoszono alarmu przeciwlotniczego nie mieli zbyt wiele do roboty, więc albo gapili się w niebo, próbując złapać trochę opalenizny w majowym słońcu, albo rozprawiali o wojnie i przechodzących paniach. Przed kilka pierwszych dni wiele radości sprawiał im słoń, którego wybieg był tuż obok ich stanowiska, po jakimś czasie jednak słoń znudził im się, gdyż przez długie godziny po prostu stał i machał trąbą. Oni natomiast zupełnie nie nudzili się słoniowi. Przychodził pod niewysoki murek oddzielający wybieg od części przeznaczonej dla gości, gdzie mógł ich dobrze widzieć i stał całymi godzinami przyglądając się im i ich działu. Czasami kierował wzrok na armatnią lufę a potem w zadumie oglądał swoją trąbę. Robił tak codziennie od wielu, wielu dni. Jednak tego dnia wyjątkowo nie było go na właściwym miejscu. Zajęty był robieniem czegoś nienormalnego. Schowany w słoniarni, nieco nieporadnie, używając nienadających się do tego palców i trąby kopał olbrzymią jamę w wilgotnej ziemi, jak gdyby był jakimś gryzoniem. Psychologowie zwierząt tłumaczą takie niezwykłe zachowania depresją spowodowaną długotrwałym życiem w zamknięciu; w tym przypadku nie mieliby jednak racji. Jak się miało okazać niebawem, słoń dobrze wiedział, co robi. Kiedy już ukończył swoją pracę, a to - uprzedźmy nieco fakty - nastąpiło tego samego dnia o siódmej czterdzieści pięć po południu - położył się w wykopanej przez siebie jamie przysypując grzbiet sianem oraz suchymi liśćmi i spokojnie sobie czekał.

Lecz, zostawmy słonia grzebiącego swoją głęboką jamę i popędźmy dalej, łopocząc dyskretnie cytrynowymi skrzydłami wspomnień. Mińmy Zoo a znajdziemy się w dzielnicy niewysokich, najwyżej dwupiętrowych, robotniczych domków otaczającej Ogród Zoologiczny od północy. Uliczki między domkami wybrukowane były kocimi łbami. Bruk był nierówny i w zagłębieniach zebrała się woda po ulewie, która przeszła nad miastem poprzedniej nocy. Nad jedną z nich przycupnął berliński, chyba czterolatek i z wysuniętym językiem przyglądał się rejsowi stateczku wykonanego z Berliner Morgentagblatt. Chłopiec miał okulary, w których odbijała się kałuża, a w kałuży odbijał się dom, w którym mieszkał na pierwszym piętrze. Tam, gdzie w oknie stał specjalnie skonstruowany kołowrotek służący do biegania chomikowi. Chomik, który jakoś nie miał imienia, właśnie w nim biegał. Rekreacyjnie, dla podtrzymania kondycji. Wyglądał durnie, jak każdy chomik, ale w głowie wykluwał mu się właśnie sprytny plan. Żeby być ścisłym: to chomik uważał, że plan jest sprytny. Celem tego planu było czasowe opuszczenie terrarium, w którym urządzono mu całkiem przytulne lokuum, czasowe opuszczenie domu, w którym mieszkał chłopiec i on sam, zażycie kąpieli w stawie na podwórku, a potem powrót, tak, żeby nikt nie zauważył jego czasowego zniknięcia. Realizację swojego planu zamierzał rozpocząć o godzinie siódmej czterdzieści pięć. Punkt ósma miał już korzystać z uciech kąpieli. Przemyślał sobie wszystko z najdrobniejszymi detalami i sądził, że wszystko przewidział. A czy istotnie przewidział, to się jeszcze okaże.

Zostawmy teraz chomika, czteroletniego chyba, berlińczyka w krótkich spodenkach oraz robotniczą dzielnicę najwyżej dwupiętrowych domków i rzućmy okiem jeszcze dalej ku północy. Musimy lecieć ostrożnie, bo wiatr się wzmaga. Nie może być żadnych wątpliwości. Obiektem, który zdominował tę część centrum miasta był dworzec Lehrt. Ku niemu biegły wszystkie nitki kolejowych połączeń ze wschodu i północy i ku niemu właśnie zmierzał pociąg ze stu dwudziestoma ciężko rannymi z frontu wschodniego. Rannymi, z których wszyscy mieli nadzieję dojść do zdrowia w berlińskich szpitalach, a wielu miało nawet nadzieję powrócić na front i spróbować raz jeszcze polec na polu chwały za Führera i Trzecią Rzeszę. Na razie było zbyt wcześnie i nic nie zapowiadało ich przybycia. Pociąg z rannymi znajdował się o osiem godzin drogi od celu swego przeznaczenia, na obwodnicy wokół Posen, stolicy Wartegau. Pomiędzy dworcowe zabudowania miał wjechać dopiero o siódmej pięćdziesiąt i wtedy wszystko powinno już być gotowe. Senne perony wypełniali póki co inwalidzi i sprzedawcy precelków a nic godnego uwagi się nie chciało wydarzyć. Na wyglansowanej na wysoki połysk szynie toru biegnącego wprost na peron pierwszy usiadł co prawda żółty motyl Gonopteryx rhamni, a ma to bardzo dużą wagę dla konstrukcji naszej opowieści, jednak i w tym przypadku jest za wcześnie, aby o tym mówić. Możemy więc spokojnie, po tym krótkim przelocie nad miastem, wrócić znów ku jego bijącemu rytmicznie sercu: na Kufurstendamm. Usiądźmy wygodnie, w jakimś miejscu, które nadaje się na punkt obserwacyjny: nie za wysoko, żeby nie tracić szczegółów, i nie za nisko, tak aby móc objąć naszym spojrzeniem szeroką dziejową perspektywę, i podążajmy za akcją.

komentarze (1 8)

Starsze wpisy »

Blog na WordPress.com.